“Wojna to lustro, które odbija najciemniejszą stronę człowieka” – rozmowa z Thomasem Hurstem, fotoreporterem wojennym i twórcą COVR Photo

29 kwietnia 2015

Michał Koralewski: Zacznijmy od samego początku Twojej niezwykłej kariery fotograficznej. Co Cię skłoniło do podróży do Bośni w 1992 roku i fotografowania okupowanego Sarajewa? Miałeś zaledwie 21 lat, byłeś bardzo młody, jak na tak niebezpieczną pracę fotoreportera wojennego.
Thomas Hurst: To może zabrzmieć dziwnie, ale pojechałem do Bośni, ponieważ chciałem doświadczyć wojny. Miałem w sobie takie pragnienie, żeby zobaczyć to wszystko na własne oczy i w ten sposób nauczyć się czegoś o sobie, jako młodym człowieku poszukującym swojego miejsca w świecie. Bardzo chciałem sprawdzić jak sobie poradzę z życiem w strefie wojennej, nie chciałem opierać się tylko na tym romantycznym obrazie pokazywanym przez telewizję i filmy. Zdecydowałem, że jedynym sposobem, aby dowiedzieć się prawdy o wojnie i poznać samego siebie jest pojechać tam, gdzie trwają walki.
Podczas mojej pierwszej wyprawy do Bośni w 1992 roku nie byłem jeszcze prawdziwym fotografem. Kilka dni wcześniej, zanim przyleciałem do Europy olśniło mnie, że powinienem mieć jakieś dobre, “profesjonalne” usprawiedliwienie, żeby się dostać do Sarajewa. Zrobiłem sobie legitymację prasową z fikcyjną nazwą gazety, napisałem fikcyjny list polecający, podpisany przez wymyślonego redaktora naczelnego. Pożyczyłem stary aparat marki Nikkormat, kilka obiektywów i to wystarczyło, żeby przekonać ONZ w Chorwacji do wpuszczenia mnie na pokład samolotu z pomocą humanitarną, zmierzającego w okolice Sarajewa.

Fikcyjna legitymacja prasowa, którą Thomas zrobił tuż przed pierwszym wylotem do Bośni w 1992

Fikcyjna legitymacja prasowa, którą Thomas zrobił tuż przed pierwszym wylotem do Bośni w 1992

M.K.: Wracałeś w tamte rejony jeszcze kilka razy, fotografując życie w Bośni i ogarniętym walkami Kosowie. Fotografowałeś też w Afganistanie, na Haiti, w Rwandzie i w innych miejscach ogarniętych szaleństwem wojny. Twoja praca fotoreportera została doceniona trzema nagrodami World Press Photo Award i nagrodą Pulitzera. Myślę sobie, że z jednej strony takie nagrody dają poczucie satysfakcji, potwierdzenia dobrze wykonanej pracy. Z drugiej strony fotoreporterzy często dokumentują przerażające akty przemocy, licząc na wywołanie wstrząsu opinii społecznej i – choćby pośrednie – przyczynienie się do zakończenie konfliktu. Czy u Ciebie było podobnie? Czy wierzyłeś  w to, że fotografia może „uratować świat”?
T.H.: Tak na prawdę wcale nie zamierzałem stać się dziennikarzem czy fotografem wojennym. Legitymacja prasowa , którą sobie zrobiłem i cały sprzęt fotograficzny miały tylko przekonać różnych ludzi, że mam prawo być w tym miejscu w czasie działań wojennych. I rzeczywiście tak było, a swoje pierwsze zdjęcie wykonałem aparatem na kliszę 35 mm dopiero w Sarajewie. I ta jedna chwila, to zdjęcie stało się przełomem – wtedy zdecydowałem, że chcę poświęcić życie dokumentując życie ludzi w miejscach ogarniętych wojną i konfliktem w nadziei, że w ten sposób pomogę tym ludziom i nakłonię ich do zaprzestania walki.
Od samego początku wierzyłem w to, że moje zdjęcia powinny i mogą zmienić świat na tyle, aby wpłynąć na zakończenie wojen i konfliktów. Wierzyłem, że im lepszym będę fotografem, tym więcej moich zdjęć będzie publikowanych, a im więcej ludzi będzie miało szansę je zobaczyć, tym większa będzie nadzieja na zakończenie wojny. Uważałem, że to nie tylko moja odpowiedzialność, ale i obowiązek, żeby zrobić tak przekonujące, tak sugestywne zdjęcie, żeby nakłonić ludzi do zmian. I odwrotnie – myślałem, że jeśli zdjęcia nie będą publikowane, albo ludzie nie będą żądali zakończenia konfliktu, to znaczy, że ani ja ani moje zdjęcia nie były wystarczająco dobre. To był ten rodzaj presji, która doprowadziła mnie do stanu emocjonalnego paraliżu, że zawiodę tych, których fotografuję i tych, którzy śledzą moją karierę.

21-letni Thomas Hurst pomaga rannemu mężczyźnie, który został postrzelony przez snajpera przed hotelem Holiday Inn w Sarajewie © John Downing - 1992

21-letni Thomas Hurst pomaga rannemu mężczyźnie, który został postrzelony przez snajpera przed hotelem Holiday Inn w Sarajewie © John Downing – 1992

Thomas zaczyna robi zdjęcia podczas pierwszej podróży do ogarniętej wojną Bośni. Zdjęcie wykonane przez Johna Downinga, jego mentora i nauczyciela, byłego fotoreportera londyńskiego Daily Express. Thomas i John spotkali się w zniszczonym w wybuchu pokoju hotelu Holiday Inn w Sarajewie. To właśnie John Downing dawał Thomasowi pierwsze wskazówki dotyczące fotografowania działań wojennych © John Downing - 1992

Thomas zaczyna robi zdjęcia podczas pierwszej podróży do ogarniętej wojną Bośni. Zdjęcie wykonane przez Johna Downinga, jego mentora i nauczyciela, byłego fotoreportera londyńskiego Daily Express. Thomas i John spotkali się w zniszczonym w wybuchu pokoju hotelu Holiday Inn w Sarajewie. To właśnie John Downing dawał Thomasowi pierwsze wskazówki dotyczące fotografowania działań wojennych © John Downing – 1992

M.K.: Jak zmienia się życie fotografa po otrzymaniu którejkolwiek z najważniejszych nagród, takich jak World Press Award czy nominacja do Pulitzera?
T.H.: Byłem jeszcze studentem w czasie, gdy zaczęła się moja kariera fotograficzna, gdy zostałem dostrzeżony i nagrodzony w World Press Award. Byłem młody, niedoświadczony i nie rozumiałem biznesowej strony życia fotoreportera. Wtedy jeszcze nie dostrzegałem znaczenia tych nagród, które odebrałem. Mimo, że otrzymałem swoją pierwszą nagrodę World Press Award w 1996 roku, cztery lata po tym, jak zacząłem robić zdjęcia na ulicach Sarajewa, moje doświadczenie jako fotografa wciąż było mizerne. Umiejętność kreatywnego “widzenia” kadrów zaczęła się formować dopiero w okolicach 1996 roku, gdy nagle zacząłem wygrywać krajowe i międzynarodowe konkursy fotograficzne. Nie wiedziałem jeszcze co z tym zrobić, jak poruszać się w branży i jak się lepiej pokazać. Patrząc z perspektywy czasu, gdybym zdobył te nagrody później, posiadając większe doświadczenie życiowe, większą pewność siebie i umiejętności fotograficzne, dałyby mi poczucie wolności i radości z tego, co robiłem. A tymczasem efekt był zupełnie odmienny – poczułem się sparaliżowany – czułem ogromny przymus, by zawsze być w centrum wydarzeń, zawsze być na pierwszych stronach gazet i zdobywać kolejne nagrody. Bez perspektyw i przewodnika, który pomógłby mi zrozumieć to, co się działo wewnątrz mnie, zacząłem czuć strach przed złapaniem szansy na dalszy rozwój.

Thomas biegnie w kierunku małego budynku kliniki medycznej, niosąc w rękach kasety z kliszami © John Downing - 1992

Thomas biegnie w kierunku małego budynku kliniki medycznej, niosąc w rękach kasety z kliszami © John Downing – 1992

M.K.: Jak doświadczenie związane z fotografowaniem wojny wpłynęło na Twój sposób patrzenia na świat i uprawiania fotografii? Co ten rodzaj fotografii mówi o nas, o ludzkości?
T.H.: Wojna to lustro, które odbija najciemniejszą stronę człowieka. Ludzie, którzy dokumentują wojnę trzymają te lustra, w które wszyscy jesteśmy zmuszeni spojrzeć, żebyśmy mogli zapamiętać bestialstwo, które się wokół dzieje. Inaczej moglibyśmy zapomnieć, próbować usprawiedliwiać lub nawet gloryfikować to, co się dzieje w miejscach ogarniętych walkami. Mocno wierzę w to, że wszystkie wojny zaczynają się głęboko zakorzenionym strachem. Strachem, który rodzi pragnienie siły i kontroli. Bo to właśnie siła i kontrola sprawiają, że zaczynamy myśleć, że nie mamy się czego bać. Mnie osobiście dokumentowanie wojny, konfliktu i cierpienia ludzkiego nauczyło wielu rzeczy i wpłynęło na mnie na wiele różnych sposobów – dobrych i złych. Mógłbym powiedzieć, że z każdą kolejną wojną lub konfliktem, w którym brałem udział, stawałem się człowiekiem o coraz większym poziomie współczucia i fotografem o coraz większej wrażliwości. Przebywanie w miejscach ogarniętych działaniami wojennymi nauczyło mnie doceniać każdą chwilę dużo bardziej niż robiłem to wcześniej, ponieważ tam zrozumiałem jak ulotne jest ludzkie życie.

Thomas spędził miesiąc towarzysząc armii USA w Iraku w 1994 roku. Próbując lepiej zrozumieć to, jak wojna wpływała na życie zwykłych cywilów, mieszkających w Iraku, Thomas podjął ryzyko zamieszkania z rodziną iracką, mieszkającą na pograniczu iracko-irańskim. Każdej nocy rodzina dawała Thomasowi karabin AK-47 na wypadek, gdyby ktoś próbował włamać się do domu, żeby zabić jego mieszkańców. Thomas do dzisiaj jest wdzięczny, że nie musiał użyć tej broni przeciwko ludziom, którzy wielokrotnie próbowali dostać się do domu. Mężczyźni z rodziny, z którą Thomas zamieszkał, sami przejmowali kontrolę nad sytuacją.

Thomas spędził miesiąc towarzysząc armii USA w Iraku w 1994 roku. Próbując lepiej zrozumieć to, jak wojna wpływała na życie zwykłych cywilów, mieszkających w Iraku, Thomas podjął ryzyko zamieszkania z rodziną iracką, mieszkającą na pograniczu iracko-irańskim. Każdej nocy rodzina dawała Thomasowi karabin AK-47 na wypadek, gdyby ktoś próbował włamać się do domu, żeby zabić jego mieszkańców. Thomas do dzisiaj jest wdzięczny, że nie musiał użyć tej broni przeciwko ludziom, którzy wielokrotnie próbowali dostać się do domu. Mężczyźni z rodziny, z którą Thomas zamieszkał, sami przejmowali kontrolę nad sytuacją.

Thomas z młodym Pakistańczykiem, z którym się zaprzyjaźnił podczas fotoreporterskiej misji w rejony Kaszmiru (południowa Azja), zniszczone wielkim trzęsieniem ziemi w 2005 roku. Jedno ze zdjęć z tej serii zostało nagrodzone tytułem Picture of the Year

Thomas z młodym Pakistańczykiem, z którym się zaprzyjaźnił podczas fotoreporterskiej misji w rejony Kaszmiru (południowa Azja), zniszczone wielkim trzęsieniem ziemi w 2005 roku. Jedno ze zdjęć z tej serii zostało nagrodzone tytułem Picture of the Year

M.K.: Kilka lat później zrezygnowałeś z pracy fotoreportera, zostając Pastorem w kościele w Mars Hill Bellevue. To niezwykła decyzja, bardzo odległa od tego, co robiłeś do tej pory. Co sprawiło, że zdecydowałeś się odłożyć wieloletnie doświadczenie fotoreportera na bok? Czy praca fotoreportera wojennego miała bezpośredni wpływ na decyzję o staniu się pastorem?
T.H.: Pamiętam jak pewnego dnia siedziałem w samochodzie w korku, wracając z sesji zdjęciowej i myślałem sobie: “żyjemy w samym środku Ery informacyjnej, otrzymujemy wiadomości  z telewizji satelitarnej, radia, internetu – mamy do nich dostęp w domach, samochodach, miejscach pracy, tuż pod ręką. Wiemy więcej o wojnie i tragediach niż kiedykolwiek wcześniej, a paradoksalnie tych wojen i konfliktów jest coraz więcej i więcej. Czemu tak się dzieje?
Od pierwszych dni w Sarajewie, latem 1992 roku wierzyłem, błędnie, że jeśli ludzie otrzymają rzetelną relację, to ona odmieni ich serca i sprawi, że wszyscy zapragniemy pokoju między ludźmi. Fotografia, szczególnie ta wojenna, związana z konfliktem i tragedią, którą tak bardzo chciałem dokumentować, zawsze polegała na informowaniu ludzi o tym, co się dzieje poprzez mocne, brutalne w swoim wyrazie zdjęcia, tak, aby zmusić ludzi do działania, zmiany, interwencji czy czegokolwiek innego, co mogłoby powstrzymać wojnę. Napędzałem się marzeniami, że to właśnie moje zdjęcia zapoczątkują tę przemianę, ale wtedy, tego dnia w samochodzie zrozumiałem, że to nie informacja przemienia ludzkie serca. Zacząłem więc zastanawiać się, co w takim razie innego.
Wiesz, moi rodzice byli (są nadal) hipisami. Urodziłem się we wczesnych latach ’70 w San Francisco w Kaliforni, a nasza rodzina żyła w samym środku hipisowskiego centrum miasta (a może nawet świata) – na skrzyżowaniu Haight Street i Ashbury Street. Będąc wychowywanym przez hipisów idea “duchowości” nigdy nie była mi odległa. Zawsze wierzyłem, że są jakieś siły wyższe we wszechświecie i zacząłem zadawać sobie pytanie czy to właśnie ta “siła wyższa” ma moc przemiany ludzkiego serca. Zacząłem więc poszukiwać odpowiedzi w różnych religiach i wierzeniach. Rozmawiałem z buddystami, żydami, muzułmanami i chrześcijanami i odkryłem, że przemiana serca jest możliwa dzięki życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Odkryłem także, że pierwszą osobą, która potrzebuje takiej odnowy serca byłem ja sam.
Prawda jest taka, że nigdy nie planowałem porzucenia fotografii i zostania pastorem. Nie dorastałem w Kościele i nigdy nie chciałem pracować dla Kościoła. Nawet nie lubiłem ludzi, którzy uczęszczali na msze. Nie chciałem być pastorem i nigdy nie sądziłem, że zostanę nim w kościele, do którego uczęszczało 3000 ludzi w najlepszym czasie. Jednakże po wielu latach to właśnie tam zaprowadził mnie Bóg. Tak więc mając niezwykłą przeszłość, bez teologicznego przygotowania, po krótkim dwuletnim okresie posługi jako diakon, mając ogromne pokłady współczucia dla zranionych ludzi, zostałem powołany do roli pastora w szybko rozwijającym się kościele. Kroczyłem ścieżką wiary z jej wszystkimi radościami i trudami, aż w końcu poczułem, że Bóg wzywa mnie do czegoś innego. Wycofałem się z roli pastora w listopadzie ubiegłego roku. Po pięciu latach służby i poznawaniu Chrystusa mogę szczerze powiedzieć Ci, że to właśnie Bóg, ten z Biblii, może przemienić ludzkie serca – sam byłem tego świadkiem we własnym życiu, w życiu mojej Żony i setek innych ludzi. Wierzę w to, że Jezus Chrystus jest tym, o którym pisze Biblia, ale mimo tego Bożego daru miłosierdzia, Ci, którzy idą za Jezusem – chrześcijanie, są jednymi z najbardziej poranionych ludzi: zagubieni, obłudni, oceniający z góry, fałszywi i pochrzanieni jak nikt inny… serio, wiem coś o tym.
Zawsze chciałem, aby moje życie polegało na pomaganiu innym ludziom. Jeśli mogę to robić, pokazując ich życie na fotografiach, jeśli mogę to zrobić miłością i służbą bez osądzania, tak jak nauczał Jezus lub jeśli mogę to robić dając ludziom takie narzędzia jak COVR Photo, aby mogli chwytać chwile i zmieniać je we wspomnienia, to właśnie jest tym, co będę robił. Jeśli któregoś dnia pojawi się coś innego, to również będę za tym podążał. W końcu wszystko czego chcę, to aby moje dzieci wiedziały, obserwując swojego ojca, że satysfakcjonujące życie, to nie życie dla siebie samego, lecz dla innych. Czy wojny się zakończą, bo odnalazłem Jezusa albo dlatego, że zrobiłem nakładkę z pryzmatem na smartfona lub dlatego, że wygrałem kilka nagród za swoje zdjęcia? Nie, ale to nie oznacza, że powinniśmy przestać fotografować, przestać tworzyć innowacyjne rozwiązania lub przestać poszukiwać tego, w co wierzymy, że jest prawdziwe.

M.K.: Porozmawiajmy przez chwilę o Twojej ostatniej działalności – kampanii dla COVR Photo na Kickstarterze, zakończonej sukcesem. Skąd pomysł na taką nakładkę?
T.H.: COVR Photo jest odpowiedzią na moje własne potrzeby. Kilka lat temu, moja młoda i całkowicie zdrowa żona Angela była w ciąży z naszym czwartym synem, Samuelem. Po kilku miesiącach ciąży zaczęła odczuwać dziwne bóle. W ciągu miesiąca, podczas którego przeszła kilka badań okazało się, że ma raka w zaawansowanym stadium. Niedługo po tej diagnozie nasz syn Samuel urodził się przedwcześnie, a lekarze nie potrafili go uratować. Pomysł na COVR Photo wyszedł z naszej nagłej potrzeby uwiecznienia tych prawdziwych, naturalnych i ponadczasowych chwil z ukochaną żoną i dziećmi na zdjęciach i filmach. Wiedzieliśmy, że w krótkim czasie musimy zrobić tak dużo zdjęć tych wyjątkowych chwil, jak tylko jesteśmy w stanie, żeby nasi synowie mogli zawsze popatrzeć i usłyszeć swoją mamę i dowiedzieć się jak bardzo ich kochała, gdyby rak odebrał jej życie.
Najpierw kupiliśmy nowy aparat cyfrowy i kamerę, ale w końcu szybko odkryliśmy, że najczęściej korzystamy z urządzeń, które nosimy w kieszeniach – naszych smartfonów. Pojawił się problem, którego się nie spodziewaliśmy: nasze dzieci na widok uniesionych smartfonów przerywały to, co aktualnie robiły i przybierały dziwne pozy, albo wprost przeciwnie – stawały się nieśmiałe albo psotne i uparte i nie pozwalały zrobić sobie zdjęcia. Mimo, że wszyscy chłopcy wiedzieli, że mama jest chora, nie potrafili zrozumieć jak ważne dla nas jest to, żeby dokumentować te codzienne wyjątkowe chwile. Koniecznie musiałem znaleźć jakieś rozwiązanie tego problemu.
Rozwiązanie nadeszło, gdy siedziałem na kanapie i oglądałem jednocześnie dwa mecze baseballu na dwóch różnych kanałach telewizyjnych. Podczas emisji reklam przełączałem kanały za pomocą pilota. Po kilku razach przyszła mi do głowy taka myśl: “czemu nie możemy sterować aparatami naszych smartfonów w taki sposób, jak to robimy za pomocą pilota telewizyjnego? Czemu nie możemy kierować smartfona w stronę, w którą chcemy zrobić zdjęcie, patrzeć na ekran w dół i naciskać w tej pozycji spustu migawki?” To było dokładnie to, czego Angela i ja potrzebowaliśmy, aby móc fotografować prawdziwe, niepozowane chwile. Wtedy zacząłem się rozglądać czy są inni ludzie, którzy chcieliby fotografować w taki sam sposób.

COVR Photo, rewolucyjna obudowa ochronna do iPhone'a, wyposażona w pryzmat, pozwalający fotografować w sposób bardzo dyskretny

COVR Photo, rewolucyjna obudowa ochronna do iPhone’a, wyposażona w pryzmat, pozwalający fotografować w sposób bardzo dyskretny

M.K.: Jakie problemy rozwiązuje COVR Photo?
T.H.: COVR Photo rozwiązuje cztery główne problemy: Po pierwsze, sprawia, że nie rzucasz się w oczy, gdy robisz zdjęcia lub kręcisz filmy za pomoca smartfona. Wbudowany pryzmat pozwala trzymać telefon na wysokości talii, a nie przy samej twarzy. Ponieważ nie rzucasz się w oczy, możesz dokumentować to, co się dzieje bez ingerowania i zakłócenia kadru. Często się zastanawiam – ile to razy próbowaliśmy zrobić zdjęcie za pomoca telefonu, a wszyscy wtedy obchodzili nas wokół lub przerywali to, co aktualnie robili. Ludzie zwracają uwagę na aparaty fotograficzne i gdy je ujrzą wycelowane w siebie, czują się bardzo niepewnie, więc możliwość stania się prawie “niedostrzegalnym” podczas komponowania pięknego obrazu lub łapania ulotnej chwili jest niesamowite!
Po drugie, nakładka COVR Photo jest zawsze założona na telefon. Specjalnie tak zaprojektowałem konstrukcję COVR Photo, jako integralną część ochronnej obudowy do smartfona, ponieważ jako fotograf wiem, że wyjątkowe chwile, warte sfotografowania, najczęśniej zdarzają się wtedy, gdy nie jesteś na nie przygotowany. To, co sprawia, że te wyjątkowe chwile są wyjątkowymi chwilami jest to, że teraz są, a za moment już ich nie ma. I chociaż wiem, że jest na rynku kilka ciekawych rozwiązań z przykładanymi dodatkowymi obiektywami do smartfonów, to jeśli miałbyś ich szukać po kieszeniach i zakładać za każdym razem, gdy trafisz na ten “wyjątkowy moment”, to nigdy nie zdążyłbyś go uchwycić. To dlatego prawdziwi fotografowie zawsze mają aparaty włączone, założone na ramię i gotowe do “strzału”. Jeśli chcesz uchwycić coś wyjątkowego, nagłego i prawdziwego za pomocą smartfona, to odpowiedni osprzęt i gotowość do działania są tutaj kluczowe. I COVR Photo spełnia te założenia doskonale.
Po trzecie, z COVR Photo masz wybór: nakładka jest tak zaprojektowana, abyś w łatwy sposób mógł odsunąć pryzmat i korzystać ze standardowego obiektywu wbudowanego w iPhone’a. Zrobiłem to, ponieważ jako fotograf chcę mieć możliwość wyboru różnych opcji, bez ograniczeń. Nie chciałem, aby ludzie musieli stawać przed decyzją pomiędzy “gołym” obiektywem a obiektywem COVR Photo – a tak, mogą korzystać z obu rozwiązań. Jak masz pryzmat zasunięty to fotografujesz przy pomocy COVR, jak go odsuniesz, możesz korzystać z wbudowanego obiektywu – szybko, prosto i bez ograniczeń!
Czwartym atutem jest to, że dzięki nakładce możesz robić zdjęcia jedną ręką. Inaczej niż w przypadku standardowego rozwiązania, gdzie robisz zdjęcia trzymając aparat dwoma rękoma przed swoją twarzą, dzięki obudowie COVR zdjęcia robisz trzymając telefon jedną ręką, stabilnie, wygodnie, zupełnie tak, jakbyś pisał SMSa lub e-maila. We współczesnym świecie, gdzie wciąż żyjemy w pośpiechu, dwie wolne ręce, żeby zrobić zdjęcie to często sytuacja nieosiągalna. Wszyscy na pewno pamiętamy niezwykłe chwile, które próbowaliśmy uwiecznić na zdjęciu, a które minęły, zanim udało się zrobić zdjęcie, albo fotografie wyszły zbyt niewyraźnie, ponieważ mieliśmy tylko jedną wolną rękę podczas fotografowania. Telefony komórkowe stają się coraz większe, więc możliwość fotografowania za ich pomocą przy pomocy jednej ręki, sprawia, że COVR Photo jest naprawdę bardzo wartościowym narzędziem.

Dzięki COVR Photo mozna fotografować trzymając smartfona jedną ręką

Dzięki COVR Photo można fotografować trzymając smartfona jedną ręką

M.K.: Dlaczego zdecydowałeś się na zastosowanie pryzmatu zamiast lustra? Czy wybrane rozwiązanie nie jest droższe w produkcji?
T.H.: Pierwszą i najważniejszą sprawą była jakość zdjęcia lub pliku filmowego. Wyjaśniłem naszym inżynierom na samym początku procesu tworzenia COVR, że za wizją narzędzia stoi chęć zachowania niezwykłych, prawdziwych chwil z życia ludzi i miejsc ważnych dla nas tak, aby zdjęcia te mogły przetrwać próbę czasu i być przekazywane między pokoleniami. Jakość obiektywu opartego na pryzmacie w porównaniu do lustra jest zdecydowanie lepsza. Gdy tylko rozpoczęliśmy nasze badania, projektowanie i testowanie różnych materiałów, które moglibyśmy wykorzystać, szybko zauważyliśmy, że lustro nie mogło się równać z pryzmatem – powodowało zniekształcenia, zmniejszało jakość finalnego zdjęcia i było prawdziwym koszmarem w utrzymaniu czystości. Nie zgodziliśmy się na pomysł zastosowania czegoś, co pogorszy jakość fotografii. Zamiast tego poświęciliśmy ogromne ilości czasu na wymyślanie unikalnego pryzmatu, który będzie miał niewielkie rozmiary, a jednocześnie będzie dawał ostre, świetnej jakości zdjęcie.

M.K.: Jednym z pierwszych “testerów” nakładki był Richard Koci Hernandez. Czy dostałeś od niego informację zwrotną dotyczącą COVR Photo?
T.H.: Pamiętam swoje zaskoczenie tym, jak szybko Richard zrozumiał ideę COVR, gdy zwróciłem się do niego z prośbą o przetestowanie tego narzędzia, jeszcze wtedy w wersji prototypowej. Był pod wielkim wrażeniem możliwości, jakie daje COVR Photo i pomógł nam zaprojektować finalny produkt. Zdjęcia, które zrobił i rozmowy, które przeprowadziliśmy po publikacji tych zdjęć pomogły nam zrozumieć co działa prawidłowo, a co musimy jeszcze poprawić. Kolejnym aspektem, który miał dla nas znaczenie było to, że Richard przetestował w swojej karierze niezliczoną ilość różnych obiektywów i akcesoriów fotograficznych. Jego doświadczenie i wiedza praktyczna, którą się z nami dzielił, uzmysłowiły nam, że tworzymy coś zupełnie unikalnego i odmiennego od rozwiązań, które istniały na rynku i jak bardzo takie rozwiązanie było potrzebne, aby łapać wyjątkowe chwile w kadry.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika COVR Photo Lens Case (@covrphoto)


M.K.: Jak długo trwało zaprojektowanie COVR?
T.H.: Pomysł narodził się w lipcu 2012 roku. Szybko złożyłem wniosek do urzędu patentowego, ale stworzenie projektu, budowa całej konstrukcji i testowanie zajęły nam dwa lata. Dopiero wtedy poczuliśmy, że mamy coś o tak dobrej jakości, że możemy zacząć myśleć o rozpoczęciu produkcji. W kwietniu 2014 roku ruszyliśmy z kampanią na Kickstarterze, aby pozyskać fundusze i sprawdzić czy w ogóle jest na rynku zapotrzebowanie na COVR Photo. Dla takiego faceta jak ja, z tysiącami pomysłów na minutę, dwa lata przygotowań ciągnęły się jak cała wieczność, ale zdecydowaliśmy, że rezygnujemy z pośpiechu i ryzyka na rzecz osiągnięcia wysokiej jakości produktu.

M.K.: Czy planujesz wydanie nakładki na inne smartfony niż iPhone?
T.H.: Oczywiście! Mamy plany i gotowe projekty dla COVR Photo na telefony z systemami Android i Windows, a także plany kontynuowania produkcji nakładki na kolejne modele iPhone’ów. Szczerze mówiąc nie umiem się powstrzymać od wymyślania nowych koncepcji nakładek z obiektywami. To zajmie trochę więcej czasu, aby zdobyć odpowiednie finansowanie na badania i rozwój, zanim będziemy mogli wprowadzić nowe rozwiązania na rynek. Mam marzenie związane z COVR, które wykracza znacznie poza koncepcję nakładki z pryzmatem. Chcę, żeby firma, którą założyłem, miała wpływ na rozwój  fotografii dokumentalnej. Pytanie, jakie sobie ciągle zadajemy nie brzmi: “ile możemy zarobić?” ale “jak możemy pomóc?” i nie chcemy ograniczyć się tylko do rozmów na ten temat, ale chcemy pokazać jak wykorzystać zasoby, do których mamy dostęp. To jest marzenie, które stale nas motywuje i skłania do poszukiwań wciąż nowych rozwiązań.
Ogólnie rzecz biorąc cieszy mnie tempo rozwoju COVR jako firmy, ponieważ to tempo pozwala mi się uczyć i działać jako założyciel i prezes firmy. Nasz stabilny rozwój pozwala nam pracować dobrze, bez pośpiechu, choć wcale nie mamy gwarancji spokojnej przyszłości – jest tyle ryzyka i pułapek, które mogą pogrążyć firmę w tak wczesnym stadium rozwoju…  Z drugiej strony, skoro przyszłość jest tak niepewna i choć bardzo ważne jest to, aby pracować mądrze, ciężko i z pasją, to nic mi się nie należy, a to co mam i co zdobędę, będzie prawdziwym darem. Myślę, że to jedna z największych prawd, jakie poznałem dzięki chorobie mojej Żony.

Finalny projekt COVR Photo dla iPhone'a 6. Wkrótce w produkcji.

Finalny projekt COVR Photo dla iPhone’a 6. Wkrótce w produkcji.

M.K.: Co sądzisz o rozwoju mobilnej fotografii? Czy według Ciebie jest to nowy krok w ewolucji fotografii, przełom czy zaledwie chwilowy szał?
T.H.: Smartfon jest najpotężniejszym i najbardziej wpływowym narzędziem, jakie kiedykolwiek zostało stworzone, ponieważ każdy je ma, schowane w kieszeni, z dostępem 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu! Nigdy nie wyłączamy naszych smartfonów. Nasza kultura i społeczność są uzależnione od tego narzędzia. Tak więc w mojej opinii fotografia mobilna nie odejdzie, bo przecież telefony komórkowe nie znikną. Mówiąc prosto: fotografia mobilna to kolejne narzędzie, jakie otrzymaliśmy, aby rejestrować i dokumentować świat, w jakim żyjemy. Ze względu na swoje ograniczenia nie zastąpi innych narzędzi, z jakich korzystamy, ale przez swoją wyjątkowość sprawia, że coraz więcej ludzi uczy się wyrażania siebie poprzez fotografię, co uważam za niesamowitą sprawę. Gdy kończę swój dzień lubię oglądać piękne, naturalne, prawdziwe zdjęcia ludzi i chwil i poznawać obrazy z różnych kultur – i nie ważne czy zdjęcia zostały zrobione aparatem analogowym, lustrzanką cyfrową, smartfonem czy kamerą otworkową. I to jest to, czym jest COVR Photo – narzędziem za 55 dolarów, które pomaga ludziom tworzyć wspaniałe zdjęcia swojego świata, a nam – oglądającym te zdjęcia – pozwala czuć się pozytywnie zaskoczonymi i zauroczonymi.

M.K.: Dziękuję Ci bardzo za rozmowę i życzę powodzenia!

Prywatna strona internetowa: http://www.thomashurst.com/

COVR Photo: http://covrphoto.com/

Zostaw komentarz

MENU: